ARTYKUŁY: Podsumowanie sezonu 2009-10
Autor: Monty Wysłane: 7.05.2010
Który to już raz fani Philadelphii 76ers muszą na tym poziomie rozgrywek znaleźć sobie inny zespół do kibicowania, ponieważ Sixers przedwcześnie "pojechali na ryby"? Jak co roku były wielkie nadzieje, wiara w zawodników, oczekiwanie na kolejne sukcesy - wszystko to skończyło się znowu bolesnym rozczarowaniem. Nie pomogły zmiany jakie generalny menedżer Ed Stefanski wprowadził w drużynie, odkąd zastąpił znienawidzonego przez kibiców Billy'ego Kinga. Nie pomogło zatrudnienie nowego trenera - Eddiego Jordana, którego taktyka ofensywna Princeton okazała się receptą na przegrywanie. Nie pomogło nawet coś, co jeszcze jakiś czas temu było nierealne - powrót legendarnego Allena Iversona.
"Oni czuli, że mają większość potrzebnych elementów, żeby mieć udany sezon... ale tak się nie stało" - Samuel Dalembert.
Philadelphia z fatalnym bilansem 27-55 zajęła trzecie od tyłu miejsce na Wschodzie. Po raz pierwszy odkąd autor tego tekstu jej kibicuje, czyli od jedenastu lat, w tak widoczny sposób pod koniec rozgrywek zespół ten wyraźnie "walczył" o jak najwyższy numer w drafcie, zamiast walczyć o zwycięstwa. Nic dziwnego, skoro po dwóch kolejnych sezonach awansów do play-offs, Sixers notują ósmy najgorszy bilans w swojej 60-letniej historii.

Jeden z nielicznych powodów do radości w sezonie 2009-10
Największy udział w tej kompromitacji miał niezaprzeczalnie Eddie Jordan. Trener, który pozostawił po sobie nie najlepsza opinię w Washington Wizards, dostał swoją szansę w Philadelphii po części ze względu na przyjacielskie stosunki z Edem Stefanskim. Zaczęło się całkiem nieźle - od trzech wygranych w pierwszych pięciu spotkaniach. Kolejne dwa zwycięstwa w następnych osiemnastu meczach zweryfikowały zdolności Jordana jako trenera, który - jak się okazało - poza taktyką ofensywną nie ma żadnych innych pomysłów na prowadzenie drużyny i to na obu końcach parkietu. Jordan nie wiedział jak ustawić swoich zawodników pod koszem, miał ograniczoną ilość zagrywek i uparcie trwał w swoich założeniach sprzed sezonu, co tylko wzbudziło w nim nieufność zawodników (Brand, Iguodala) i niechęć kibiców. Aż siedemnaście (!) różnych wyjściowych piątek pokazało, że szuka raczej możliwości przystosowania graczy do swoich założeń taktycznych, zamiast dostosować je do umiejętności podopiecznych. Brak jakiejkolwiek poprawy w grze obronnej w przeciągu całego sezonu pokazało, że nie jest to człowiek nadający się na trenera w NBA. Niestety Ed Stefanski zrozumiał to za późno i zwolnił go dopiero po sezonie, zamiast podczas przerwy na All Star Game, co w jakimś stopniu mogłoby uratować ten stracony sezon.
"Trenera nie można obwinić za wszystko. Teraz, gdy go nie ma, wina spada na graczy. Nie można użyć znowu tej samej wymówki" - Elton Brand.
Jedynym jego usprawiedliwieniem dla Eddiego Jordana są kontuzje. Złamana szczęka Lou Williamsa zmuszająca go do pauzowania przez pięć tygodni i zatrudnienia AI. Nadciągnięte ścięgno Achillesa u Marreese Speightsa, z powodu którego nawet gdy zawodnik ten byl w grze, widać było, że jest daleko od swojej najlepszej formy i wciąż zmaga się z bólem, dostaje ograniczoną ilość minut. Wszystkie problemy Eltona Branda w przeszłości, które sprawiły, że nie jest to już gracz poziomu 20/10, czego w Philadelphii zbyt długo nie potrafiono sobie uzmysłowić. Przeceniono także Allena Iversona, po wszystkich kontuzjach i braku regularnych treningów i przygotowania do sezonu, był on ciągle wzmocnieniem zespołu, ale nie na tyle, by odmienić jego losy.
Kontrowersyjną decyzję sprzed sezonu o przesunięciu Lou Williamsa na pozycję rozgrywającego, po tym jak Sixers puścili wolno Andre Millera, można teraz interpretować na dwa sposoby. Z jednej strony można chwalić Williamsa, który rozegrał zdecydowanie najlepszy sezon w karierze, poprawiając wszystkie statystyki indywidualne, w tym skuteczność z pola do bardzo dobrych jak na obrońcę 47%. Williams dał z siebie wszystko i pomógł wygrać kilka spotkań. Z drugiej jednak strony w wielu meczach widoczna była jego bezsilność wynikająca z braku doświadczenia i z faktu, że gdy Sixers zaczęli przegrywać a Jordan trwał w bezsilności, każdy z zawodników zaczął grać bardziej indywidualnie. Wówczas zabrakło Andre Millera, klasycznego rozgrywającego w starym stylu, który wiedziałby jak poukładać grę i ustawić kolegów na parkiecie. Sixers także nie potrafili z Williamsem (a potem Iversonem) bronić, dlatego z czasem wykorzystując poniekąd jego uraz i dobrą grę Holidaya, wrócił on do roli zmiennika, co swoją drogą - dobiło go mentalnie.
Zazwyczaj w sezonach, które nie spełniły oczekiwań kibiców, można się było chociaż pocieszać dobrymi występami i postępem, jaki poczynili poszczególni zawodnicy. Niestety patrząc na rozgrywki 2009-10 i na tym polu nie ma wiele optymizmu.
Elton Brand (13.1 ppg, 6.1 rpg, 1.1 spg, 1.0 bpg) znowu pogorszył statystyki w porównaniu z wcześniejszym rokiem, w trakcie sezonu został przesunięty do roli rezerwowego co sprawiło, że narzekał na otrzymaną ilość minut. Jego wolna gra i ograniczenia fizyczne, niezależnie od statystyk, nie pomogły Sixers. Jedynym plusem jest 76 rozegranych spotkań, najwięcej od trzech lat.
Marresse Speights (8.6 ppg, 4.1 rpg) poczynił postęp w statystykach, jednak na boisku zawodził z powodu kontuzji, które pogorszyły jego motorykę i nie pozwoliły na grę więcej niż 16 minut w spotkaniu, tyle ile w debiutanckim sezonie, czyli jest znacznie poniżej oczekiwań.
Jason Kapono (5.7 ppg, 1.2 rpg) nie zaliczy tych rozgrywek do udanych. Sprowadzony po to, by poprawić statystyki Sixers w rzutach za trzy punkty, został niemal natychmiast posadzony na ławce, ponieważ trener Jordan nie umiał dla niego znaleźć miejsca w swojej taktyce. Zaowocowało to jednym z najgorszych sezonów w karierze Kapono, w tym najgorszą w karierze średnią za trzy punkty - tylko 37%. Ironicznie, Sixers jako zespół mimo wszystko polepszyli się w tym elemencie gry.
Także wielkie rozczarowanie przeżyli fani Jasona Smitha (3.4 ppg, 2.4 rpg), po obiecującym poprzednim sezonie, w tym z powodu spadku formy i kontuzji pogorszył on niemal wszystkie swoje statystyki i wbrew zapowiedziom sprzed sezonu, wychodził na niewielką ilość minut z ławki.
Allen Iverson (13.8 ppg, 2.3 rpg, 2.8 apg) pomimo wielkiej radości, jaką sprawił kibicom, którzy znowu mogli go obejrzeć w filadelfijskich barwach, pomimo zysków jakie zagwarantował kasie w Wachovii Center i sklepach NBA, znakomitego wpływu na grę Samuela Dalemberta i atmosferę w szatni, także wolałby zapomnieć o tym sezonie. Brak jakiegokolwiek fizycznego przygotowania do sezonu, gra z kontuzjami i wszystkie urazy przebyte w przeszłości oraz problemy osobiste, które ostatecznie zmusiły go do odejścia, spowodowały najgorsze w karierze statystyki i spowolnienie jego gry. Mimo to jego epizod w Philadelphii nie można uznać za niepotrzebny, a uwielbienie fanów - za dobiegające końca.
Andre Iguodala (17.1 ppg, 6.5 rpg, 5.8 apg, 1.7 spg) zatrzymał się na swoim poziomie, nie wykorzystując słabości zespołu, by próbować go udźwignąć w roli samotnego lidera. Poprawa w zbiórkach i asystach została zrównoważona przez spadek średniej punktowej o blisko dwa oczka w porównaniu z poprzednimi rozgrywkami. Dodajmy do tego nadmierną ilość niepotrzebnych rzutów za trzy punkty (31% skuteczności) i można być nieco zawiedzionym, nie umniejszając nawet faktu, że swoimi statystykami pokazał, że wciąż jest to jeden z najbardziej wszechstronnych zawodników w lidze.
Thaddeus Young (13.8 ppg, 5.2 rpg, 1.4 apg) to następny przydatny zespołowi zawodnik, który jednak rozczarował biorąc pod uwagę lekki regres, albo przynajmniej brak postępu, w porównaniu z poprzednimi rozgrywkami. Oczekiwania w tym przypadku były znacznie większe.
Wspomniany już Lou Williams (14.0 ppg, 2.9 rpg, 4.2 apg) poczynił jeden z największych postępów w zespole, jednak kontuzje zmusiły go do opuszczenia 18 gier, a opinie odnośnie jego roli na pozycji rozgrywającego są podzielone.
Willie Green (8.7 ppg, 1.8 rpg, 2.1 spg), którego dni w Philadelphii były już prawie policzone, spisał się nadspodziewanie dobrze, okazując się przydatnym i przede wszystkim równo grającym zmiennikiem, który potrafi wnieść trochę energii na boisku.
Samuel Dalembert (8.1 ppg, 9.6 rpg, 1.8 bpg) rozpoczął rozgrywki dosyć niemrawo, jednak szybko wrócił do formy i o ile jego statystyki nie są olśniewające, to równa gra, wypełnianie swoich obowiązków w obronie i czwarty z rzędu sezon bez opuszczonego spotkania sprawiają, że można go uznać za zgodny z oczekiwaniami - a więc udany. Nie wydaje się, byśmy znowu usłyszeli od Dalemberta o chęci transferu, jak to było rok temu, po jednym z najgorszych jego sezonów w karierze. Ale przed nim ostatni rok umowy, jak twierdzi wielu - ostatni.
Debiutujący w lidze Jrue Holiday (8.0 ppg, 2.6 rpg, 3.8 apg) początkowo jak na debiutanta przystało, siedział na końcu ławki rezerwowych. Jednak w trakcie sezonu z powodu problemów kadrowych, otrzymywał coraz więcej minut, które wykorzystał w najlepszy z możliwych sposobów - pokazując dobre umiejętności w obronie i determinację w walce o minuty stał się na tyle przydatny, że sezon zakończył goszcząc na stale w wyjściowym składzie, co zaowocowało w marcu średnią aż 13.2 ppg, 4.1 rpg i 5.5 apg.
"W dwóch poprzednich sezonach nieźle się rozwinęliśmy. Teraz przyszedł regres. Tego nie możemy zaakceptować, naprawimy to" - Ed Stefanski.
Przyznaj nagrody Twoim ulubionym zawodnikom, wybierz najlepsze i najgorsze mecze - kliknij tutaj by wziąć udział w corocznym plebiscycie Sixers Awards 2010.
15.6 ppg |
8.8 rpg |
4.7 apg |
2.0 spg |
1.7 bpg |
35.5 mpg |
Philadelphia 76ers Boston Celtics New York Knicks New Jersey Nets Toronto Raptors |
16-6 11-10 8-13 8-15 7-16 |
|
Skorzystali Stracili | |
|
| |